Na blogu smakoszy o książkach zdaje się jeszcze nie pisałam, ale od jakiegoś czasu kiełkuje we mnie myśl, by zacząć. A to za sprawą Romana Wojciechowskiego, który o książkach pisze, przypominając jednocześnie, że smakoszem można być nie tylko jedzenia, ale również przyjemności duchowych.
Ale nie o Romanie Wojciechowskim chciałam, tylko o poleconej przez Jego osobę książce Stephena Kinga 'Roland' - czyli pierwszej części "Mrocznej wieży".
Dziś skończyłam bowiem Rolanda i uczucia mam co najmniej ambiwalentne (tak, o kinie też pewnie prędzej czy później napiszę, ale może i Ambiwalencja się skusi na powrót?).
UWAGA PONIŻSZY WPIS ZDRADZA SZCZEGÓŁY KSIĄŻKI
Sama nie wiem czemu, ale choć oderwać nie jest się od Rolanda łatwo, w gruncie rzeczy to dość przeciętna, a nawet, rzekłabym, słaba książka (zwłaszcza jak na Kinga). Historyjka w sumie taka sobie, język przeciętny z tendencją do średniego, akcja toczy się jakoś tak bez sensu. Przyspiesza, gdy chcę się rozsmakować w retrospekcjach, zwalnia, gdy dzieje się coś ważnego.
Czytając, nie mogłam pozbyć się wrażenia przypadkowości i braku pomysłu na tę historię. Świat przedstawiony kupy się nie trzyma, z całym szacunkiem. Sam Roland jest bezpłciowy - ni to emocjonalny i głęboko myślący wrażliwy mężczyzna, ni to prosty jak konstrukcja cepa zabijaka. Retrospekcje nie wyjaśniają niczego, co dzieje się tu i teraz. Dwukrotnie zdarzyło mi się również wracać o dwie strony, gdy język niezbyt giętki z kartek próbował wyjaśnić, co się właściwie z Rolandem teraz dzieje.
King słowem nie wyjaśnia bardzo dziwnego i dość przypadkowego - jak na moje oko - pomysłu na rzeczywistość, w jakiej obsadza bohaterów. Na stronach pojawiają się fluorescencyjne mutanty, zniekształcone zwierzęta, pozostałości po naszych czasach, pustynie, góry, zamki i bale, opuszczone wioski i zniekształcona wiara chrześcijańska, a jednocześnie pomysły te nie wyjaśniają nic o tym świecie i ja ich zwyczajnie nie kupuję. Nie dlatego, że nie kupuję świata bez zwierząt z mutantami, bo za dużo się naczytałam takich opowieści. Nie kupuję, bo w Rolandzie ten świat nie ma sensu.
Zaś próba wyjaśnienia, zawarta w końcowych stronach, opowieść o źdźble trawy, którą jest wszechświat... cóż, jest napompowana, lecz całkowicie pusta w środku. To bowiem poziom przemyśleń z wypracowań licealnych maniaków Lema i Dicka. Ta właśnie część rozczarowuje bardziej nawet, niż powolne mutanty.
Oczywiście, przeczytam sagę do końca. King napisał Rolanda w 1970 roku, w przedmowie wprost przeprasza czytelników za ówczesną niedojrzałość.
No i, muszę przyznać, mimo wszystkich wad, cholera, wciągnęła mnie ta historia.
Smaki życia - książki
Oliwia Piotrows...
X Miejsce w rankingu
- Artykuły: 602
- Wpisów na blogu: 29
- Komentarzy: 611
- Miejsc na mapie: 241


Miłe, że jednak wciąga ale na dodatek opisując rzecz muzycznie to remix, bowiem pierwotna opowieść wyglądała jeszcze inaczej, rzekłbym gorzej o czym King wspomina. Pytanie czy świat dziewiętnastolatków jest inny od naszego ... jednak tak i tu proponuję przeczytać wstęp Kinga....Droga Nadredaktor ale "chlebek" i potencjalnych czytelników Smaki życia mi zabierają:( Jednak konkurencja najważniejsza:) Powodzenia:)