*

Debiut

Wódę odstawiłem wieki temu. – W ogóle, jeżeli mam się w to zaangażować, to powinienem ograniczyć spożycie – pomyślałem. To było moje pierwsze poważne postanowienie związane z tą sprawą. Pewnie nie ostatnie. Teraz, po czasie, wiem, że to było dość naiwne z mojej strony, ale wtedy postanowiłem, że jak już tam idę, to muszę dobrze wyglądać. Zwłaszcza, że mówimy o debiucie. Wiele sobie po tym spotkaniu obiecywałem. Traktowałem jak…jak szansę na powrót do tego, co kocham… Niech wiedzą, że mają przed sobą silnego faceta! Nie tylko fizycznie. Gotowego do podjęcia wyzwania choćby od zaraz! Wstałem i poszedłem do łazienki dokonać „przeglądu wojsk”.

- Jezu, jak ja wyglądam – jęknąłem dość głośno, ale nie na tyle, żeby usłyszał to i Jezus, i sąsiadka z naprzeciwka. Ona na pewno. Słyszałem jak niedawno wychodziła. – Jak ja wyglądam ... To znaczy, fizycznie prezentowałem się nawet nieźle, ale…ryj jakiś taki opuchnięty, jakbym walił naftę dzień w dzień. A to przecież nieprawda, piję tylko raz w tygodniu. No, góra dwa, ale to sporadycznie. I tylko raz zasnąłem na stole w „El Paso”. O, dzisiaj środa, dziś znów idziemy!
Postanowiłem, że zainwestuję trochę grosza w jakieś te kremy łagodzące objawy zmęczenia. Postanowiłem również, że będę się częściej golił. Bo teraz, gdy tak patrzę w lustro na swoje mętne odbicie, widzę, że mam brodę dłuższą niż Hapal. Tak, muszę się golić częściej. Dwa dni przed spotkaniem – to obowiązkowo. Dziś, niestety, w dniu spotkania. Jak się spocę, to będzie lekki dramat. Ale trudno, jak mam wyglądać profesjonalnie, to niech tak będzie. Bo przecież jak będą robić zdjęcia, choćby do katalogu albo na stronę, to przecież nie mogę wyglądać jak kloszard.

Po pierwszych zabiegach wymierzonych w moje zewnętrzne menelstwo prezentowałem się nawet nieźle. Pierwszy raz tego dnia uśmiechnąłem się do siebie. Wyglądałem o niebo lepiej. Profesjonalnie. Jest duża szansa, że mnie nie odpalą.

Zjadłem lekkie śniadanie. Płatki, jogurt, czekoladowy baton dodający energii. Nie chciałem przed tym wysiłkiem za bardzo obciążać żołądka. Postanowiłem, że dzisiaj odpuszczę siłownię. Spotkanie zaczynało się o 14:40. Nie mogłem być ani przemęczony, ani zziajany – gdybym poszedł na siłkę, zdążyłbym na ostatnią chwilę. –Pojadę kolejką – stwierdziłem. Wyjdę wcześniej, trochę się przejdę. Przewietrzę umysł i trochę rozruszam nogi. Tak będzie najlepiej.
Wyszedłem z domu o trzynastej. Na drogę wziąłem sobie jeszcze banana – podobno poprawia koncentrację, a ta, już podczas spotkania, była niezbędna. Kolejką to trzydzieści minut do głównego, a później spacerkiem kolejne dziesięć. Będę wcześniej. Trudno, poczekam.

Dopiero gdy zająłem miejsce w SKM-ce, po lewej stronie, koło okna, dopiero wtedy poczułem, że jednak trochę się denerwuję. – Niepotrzebnie – starałem się pocieszać. W głowie miałem sos tysiąca wysp. Jak to będzie? Jak się zachować? Grać kozaka? Poczekać, co powiedzą i dopiero zadawać pytania? Od początku narzucić swoje warunki? Nisko na nogach? Gadać byle co, ale żeby gadać, jak Sałek? A może spuścić głowę i czekać, co łaskawie zaproponują? Może lepiej nie spuszczać wzroku? Jeeeezu, gdybym wiedział, że towarzyszy temu taka męczarnia…
Przelotnie patrzyłem na twarze ludzi, którzy podróżowali ze mną do Głównego. Nie zdradzały emocji. Nie zdradzały niczego. Żadnych znaków, żadnej podpowiedzi. Nic. Ludzie gapili się niemo przez okno, albo czytali. Nikt ze sobą nie gadał. Wiem, że to nie miało nic wspólnego z moim spotkaniem, ale nie wziąłem tego za dobrą monetę.

Wszedłem do budynku. Dla pewności poszedłem najpierw do toalety. – Nie no, dobrze wyglądam! – pomyślałem, gdy patrzyłem w lustro. Widać, że nie jestem zapuszczony. Nie jestem przyspawanym do kanapy Sarmatą. Nie boję się nowych wyzwań i wizualnie nieźle się prezentuje. Na pewno to zauważą i docenią!
Już wcześniej wiedziałem, że mam udać się do takiego jednego gościa, który nagrał mi to spotkanie. Taką dostałem informację. To taki koleś, co, wiecie, załatwia, organizuje. W każdej, porządnej instytucji ktoś taki po prostu MUSI być. Poczekalnia składała się z kilku krzeseł. Dwa były zajęte. Przez dwóch facetów. Tak jak ja, wolni gracze. Ich zmęczone twarze wyrażały zmęczenie i rezygnację. Widać, że już dość dawno wypadli z karuzeli i nie jest to pierwszy razy, kiedy starają się o angaż. Raczej pogodzeni z losem. Obaj byli około czterdziestki. Ubrani dość pospolicie. Jeden miał reklamówkę „Sieć 34”. - W sumie – pomyślałem – Nie było mowy o tym, że każdy ma się ubrać tak samo. Nie dostaliśmy żadnych ciuchów. Usiadłem. Nie musiałem długo czekać, żeby poczuć woń trawionego alkoholu. Myślę sobie. – Ja pierdolę. To ja się tutaj staram, a oni biorą każdego jak leci?! Odstawiłem alkohol (no, prawie), ogoliłem się, chociaż wiem, że jak się spocę, to będzie mnie skóra piekła, ale przemęczę. To ja tu robię wszystko, żeby jak najlepiej wypaść w debiucie, a Ci dwaj przyłażą dziabnięci?! Byłem przekonany, że gdy już przekroczę próg gabinetu zajmowanego przez człowieka, który mnie w to wszystko wkręcił, to wygarnę mu to samo, albo nawet więcej.
Eeee tam…. Pierwsza fala złości minęła. Przecież to nie moja sprawa. Doszło do tego, że zacząłem ich w myślach rozgrzeszać. Przecież wczoraj był śledzik. Mało kto nie pił (Ja nie! Dziś idę.). Poza tym, każdy jest kowalem swojego losu. Najwyżej sam pociągnę ten wózek.

Moja kolej. W przyjemnym, jasnym gabinecie wita mnie łysiejący facet o pucułowatej twarzy. Czarne wąsy, okrągłe okulary na nosie, jasna koszula i narzucona na nią brązowa marynarka. Wita mnie uprzejmie, choć właściwie na mnie nie patrzy. Nie fatyguje się, by ścisnąć mi dłoń, o „strzeleniu misia” nie wspominając. Nie odebrałem tego jako jakąś mega zniewagę, w końcu nie przyszedłem tutaj lizać się po fiutach, tylko dowiedzieć się, czy i jak mogę im się przydać.
- Niech Pan usiądzie – jakby czytał w myślach, bo uśmiechnął się lekko i wykonał pojednawczy gest. – Ma Pan ze sobą wszystkie dokumenty? – spytał. Jeszcze uprzejmie.
- Tak.
- To poproszę najpierw o dowód.
Podałem ufnie dokument. Popatrzył badawczo.
- Nie, to nie Pan! Proszę wyjść!
Jak powiedziałem wcześniej, nie spodziewałem się lizania. Ale tego też się nie spodziewałem. Pierwszy raz poczułem, że to, że tu jestem to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Dziwne, że dopiero teraz. Gdy poczułem, że jestem w mega dupie.
- Ale…ale…gdzie mam iść? – spytałem.
- Do pokoju naprzeciwko niech Pan idzie!

No to biorę te swoje a,b, c i d z krzesła i ruszam krokiem muła. Pewność siebie, jaką jeszcze przed chwilą eksplodowałem, uciekła z krzykiem, gdy tylko otworzyłem drzwi. Trochę mi ulżyło, gdy okazało się, że pokój naprzeciwko faktycznie istnieje. Pukam. Zero odzewu. Dobra, ryzyk fizyk, wchodzę. W środku drobna blondynka. W ferworze walki z komputerem i papierami.
- Dzień dobry – mówię jeszcze pewnym głosem. – Skiero…
- … Niech Pan siada – przerwała mi bez ceregieli. – Spóźnił się Pan. I jeszcze w dodatku błądził.
- Mnie też jest bardzo miło – pomyślałem.
- Ma Pan dokumenty?
- Tak, Mam. Proszę mi powiedzieć, czy potrzebny będzie akt uro…
- Poproszę o dokumenty i dowód osobisty.
Podałem czerwoną teczkę z moimi papierami. Podanie, zdjęcia i inne niezbędne duperele. No i dowód. Otworzyła, wyłożyła wszystko na biurko. Dalej byłem w niełasce. Pięć kolejnych minut upłynęło pod znakiem wytężonej pracy i lokalnej turystyki. Ona klepała w klawiaturę, ja gapiłem się przez okno.
- Dobrze… – powiedziała nagle, patrząc jeszcze na jakąś kartkę. – Dobrze – powtórzyła i wreszcie na mnie spojrzała.
- Jakieś zaświadczenie o inwalidztwie?

Czy ze mną, kurwa, jest coś nie tak?!

- Nie…
– Dobrze – mruknęła pod nosem i wróciła do komputera. Minęło kilka minut zanim podsunęła mi pod nos jakąś kartkę. Właściwie listę. Ja już tam prawie na tym krześle zszedłem, bo nie dość, że gorąco i duszno, jak na Jałcie, to jeszcze zacząłem się denerwować. Czy ja faktycznie wyglądam na inwalidę?! Złapałem się na tym, że zacząłem badać wzrokiem swoje ręce, później nogi...

A, lista. Patrzę. Właściwie to tabelka. Taka, jaką można zrobić w Excelu. Kilkanaście nazwisk. Wyglądało to mniej więcej tak: imię, nazwisko, podpis.
- Proszę podpisać tu i tu – pokazała palcem. - Z dzisiejszą datą. Zrobiłem jak kazała. W zamian dostałem dwa świstki.
- Tam ma Pan wszystko napisane. Gdzie, co i kiedy. Pokój 28 znajduje się piętro niżej. To wszystko – zakomunikowała i odsuneła krzesło do tyłu.
- Już?
- Tak. Dziękuję Panu – zdobyła się na nikły uśmiech i zaczęła pośpiesznie pakować swoje rzeczy. No tak, dochodziła godzina 15.
Acha… - tyle zdołałem wydalić z siebie. Byłem trochę zszokowany. Chyba trochę inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Wstałem, wziąłem czerwoną teczkę, wydukałem „Do widzenia” .Wyszedłem.

Kiedy tak szedłem z powrotem, to przyszło mi do głowy, że tak mogła wyglądać polska liga w 2004 roku. Niestety, rzeczywistość prezentuje się trochę inaczej. Mamy 2012 rok, a ja zaliczyłem właśnie debiut w pośredniaku. Kolejna wizyta za miesiąc.

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

autystyczny

autystyczny

X Miejsce w rankingu

brak opisu