A tak sobie plotkarsko zacznę poranek - dziś w nocy umarł Michael J. 50-letni, niegdyś czarnoskóry wokalista, kompozytor i kontrowersjonista wszechczasów, odszedł podczas śpiączki w szpitalu w Los Angeles.
Teraz fanom specyficznego tańca stopami i biodrami pozostaje już tylko naśladowanie Justina Timberlake'a....
I pełna wersja jednego z pierwszych teledysków, jakie kiedykolwiek widziałam. Na Youtubie już wrze od komentarzy typu "Rest in peace from Singapur" oraz internetowych światełek i zniczy. Ciekawe, jaka przede wszystkim będzie reakcja w Polsce.
I kolejny "Jacko" tańczący - nie pamiętam, z którego roku, ale muzycznie wg mnie bardzo dzisiejsze. Koniec inspiracji. Koniec afer. Koniec tematów dla brukowców. Ale przede wszystkim koniec bardzo wyraźnej postaci sceny muzycznej.


Szkoda, że nie zachował takiej formy do końca, ale i tak długo nie zobaczymy tak utalentowanego piosenkarza...
Bardzo lubiłam jego głos, to mój rówieśnik...
[*][*][*]
Trzeba przyznac, ze byl kims. Szkoda, ze tak skonczyl...mysle, ze zmarl miedzy innymi przez te leki, ktore bral w oszalamiajacych ilosciach...
może to i kwestia lekow... w Radiowej Trójce słychać poierwsze porównania MJ do Presleya. I tak utrzymał się przy życiu całe 8 lat dłużej.