Wielka szkoda, że czas zabrał już do "krainy wiecznych łowów" autentycznego Indianina, a przy okazji gdańszczanina, Stanisława Supłatowicza, czytelnikom indiańskiej literatury lepiej znanego jako Sat-Okh, czyli Długie Pióro.
Historia jak z filmu
Sat-Okh był synem Polki zesłanej na Sybierię, podobnie jak tysiące jej podobnych polskich patriotów, jeszcze za cara, wspominanego nieraz z łezką w oku przez tych, którzy zawsze uważają, że to co było, jest lepsze niż to co jest. Matka Sat-Okha, Stanisława Supłatowicz, wraz z grupą innych zesłańców zbiegła z Syberii, i w niesamowitych okolicznościach dotarła najpierw na Alaskę, a potem do Kanady. Nie była to, jak łatwo się domyślać, podróż komfortowa. Nie wiele brakowało, by próbę wyrwania się z zesłania przypłaciła życiem. Zaopiekowali się nią jednak Indianie z plemienia Shawnee.
Wśród Indian Stanisława Supłatowicz nazywana była Ta-Wach, czyli "Biały Obłok". Tak mógłby się zaczynać scenariusz przygodowego filmu, dziejącego się na "dzikim zachodzie", nieprawdaż? A historia ta zdarzyła się naprawdę, dowodząc, że życie jest w stanie napisać takie historie, jakich nie wymyśliłby żaden scenarzysta.
Dalsza część losów Białego Obłoku przebiegała równie barwnie, co nie znaczy, że luksusowo. Została żoną wodza plemienia imieniem Wysoki Orzeł (Leoo-Karko-Ono-Ma). Z tego związku przyszedł na świat w 1922 r. (według innej wersji w 1920) syn, którego nazwano "Długim Piórem", czyli właśnie nasz wszeszczański Indianin, Stanisław Supłatowicz.
Szokujący powrót
Dzieciństwo Sat-Okha to świat trudnej walki o przetrwanie w warunkach kanadyjskiej tajgi, a jednocześnie niezwykła rzeczywistość kultury, o której my tutaj, w Europie, mamy dość mgliste pojęcie. Świat ten był na tyle inny, że kiedy w 1937 roku, los przeniósł szesnastoletniego Sat-Okha z lasów Kanady, do rodzinnego kraju jego matki, chłopak przeżył szok i przez rok nie powiedział jakoby ani słowa. Szok jednak z czasem minął, a Sat-Okh stał się Stanisławem Supłatowiczem.
Być może wróciłby do Kanady, gdyby nie to, że niedawno odrodzona ojczyzna jego matki miała przed sobą jeszcze zaledwie rok istnienia. Stanisław Supłatowicz natychmiast po wrześniowej klęsce znalazł się w strukturach polskiego państwa podziemnego. Został jednak zdemaskowany, aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Udało mu się jednak uciec z transportu i tak trafił do polskiej partyzantki na Kieleccyźnie. Znowu historia jak z filmu...
Kozak na wojennej ścieżce
W partyzantce nie przybrał jednak pseudonimu "Orzeł", "Strzała", "Mustang", ani żadnego innego, którego można by się spodziewać po dziecku indiańskiego plemienia. Przezwał się "Kozakiem" i pod tym pseudonimem walczył z Niemcami. A walczył niezwykle skutecznie, bowiem to, czego się nauczył w dzieciństwie od swoich kanadyjskich pobratymców, okazało się nieoczekiwanie bardzo użyteczne w lasach Kielecczyzny.
Po wojnie, jako członek Armii Krajowej, był aresztowany przez władzę ludową. Wyszedł jednak cało z tej opresji. Zdążył być też marynarzem - pływał na statkach ratownictwa morskim i w Polskich Liniach Oceanicznych, w tym m.in. na "Batorym".
W poszukiwaniu korzeni
Odbył też podróż w rodzinne strony, gdzie odnalazł, z górą już stuletniego ojca, Wysokiego Orła, i innych członków swojego plemienia. Podobno zabrał ze sobą polskie filmy, by pokazać, w jakim kraju przyszło mu żyć. Wśród tych filmów miał znaleźć się również "Potop", który zyskał szczególne uznanie wśród indiańskich krewnych Sat-Okha.
W 1958 roku napisał pierwszą książkę. Była to autobiograficzna powieść pt. "Ziemia słonych skał". I tak zaczęła się jego przygoda z piórem. Napisał wiele książek, które były chętnie czytane, a nawet tłumaczone na obce języki. W odróżnieniu od klasyków literatury indiańskiej takich jak Karol May, który miał niewielkie pojęcie o realiach "dzikiego zachodu", książki Sat-Ohka pełne są autentyzmu, niesamowitych opisów północnoamerykańskiej przyrody, z którą jego bohaterowie żyją w pełnej harmonii, która obca jest Europejczykom.
Zmarł w Gdańsku w 2003 r., a miejsce wiecznego spoczynku znalazł na cmentarzu Srebrzysko. I tutaj czas na korektę. Na wstępie pozwoliłem sobie na stwierdzenie, o odejściu Sat-Okha do "krainy wiecznych łowów", będą w pełni świadomym, że określenie to wielce niepoprawne. Sam Sat-Okh uczył, że nie istnieje nic takiego jak "kraina wiecznych łowów", bowiem tam, w indiańskiej wieczności polować nie trzeba, a ludzie wreszcie mogą żyć w zgodzie i harmonii ze zwierzętami i całą naturą.



Wspaniala historia, niezwykly zycie ktore przemknelo obok przez wielu pewie niezauwazone.
Choc zyciorys Sat-Okh nie nalezy do bezbolesnych, zazdroszcze mu.
Zazdroszcze osobom ktore go spotkaly, mialy okazje posluchac jego opowiesci.
masz racje z tym zyciem obok. Ciekawe ile osób wiedziało o jego istanieniu? ja np nie
no co Wy? o "Białym mustangu" nie słyszeliście? ;) myślałam, że Sat-Okh to taka dziecięca klasyka
ja nawet mam jego ksiązkę z autografem :PPP ale z tego co wiem a bylo to jakies 10 lat temu to mieszkał na trakcie wojciecha w okolichach ul.gościnnej :)
też mam jego książki w domu:)
to Tylko ja jestem zacofany:(
bo jego książki to dawne czasy:)
Piekne ksiazki mlodosci.
Szpitalne dni mijaly pogodniej z lektura Sat-Okh - pamietam jak sam chcialem byc indianskim wojownikiem...
Oczami wyobrazni ujezdzalem mustangi, polowalem na renifery i bizony, kanadyjkami przemierzalem polacie dzikich lasow...
Ach... piekne wspomnienia :)
A bylo tak blisko by moc podziekowac za to...
Pojecia nie mialem o jego jakze zawilym zyciorysie - dziekuje!
pozdro dla milosnikow tworczosni Polskiego Indianina
~TeresaW
Obejrzalam wlasnie program o Sat-Okh'u, potem poszukalam informacji w internecie ale nic nie ma o tym czy byl zonaty, czy ma dzieci, czy mial rodzenstwo itp. czy wiadomo cos na ten temat?
~henryk.h.
Miał syna który chodził do podstawówki nr 27w Gdyni
Mógł być z rocznika 1952.